W 88 minucie i później

"...Zbigniew Boniek ... zaatakował zbyt ostro w starciu o piłkę w 88 minucie bramkarza Lecha Andrzeja Turka. Sędzia odgwizdał faul, jednak zdenerwowany w najwyższym stopniu bramkarz postanowił sam dodatkowo wymierzyć "karę". Wziął w ręce piłkę i uderzył nią silnie zawodnika Widzewa. Ten chwyciwszy się za głowę padł jak po nokautującym ciosie. Dało to początek dalszemu ciągowi zdarzeń... Najpierw zrobił się tłok przy bramce Lecha. Wszyscy zawodnicy obydwu drużyn dyskutowali ze wszystkimi. Wydawało się, że dojdzie do rękoczynów. Na boisko próbował wejść mężczyzna, którego porządkowi zdecydowanie (może nieco brutalnie, ale trudno patyczkować się w takich sytuacjach) usunęli z płyty. Podobno był to lekarz Widzewa, który chciał opatrzyć leżącego Bońka... Boniek wstał, sędziowie uspokoili zawodników. Epilog nastąpił jednak po meczu. W tunelu prowadzącym do szatni jeden z trenerów Lecha, Edmund Białas zwrócił ostro uwagę Bońkowi, że tak brutalnie grać nie wolno. Doszło do szamotaniny grupy zawodników Widzewa z osobami znajdującymi się w tunelu."

Zaciekawiony treścią tej notatki zamieszczonej w "Sporcie" w dniu 30 kwietnia br (1976 przyp. IP) postanowiłem pójść jej śladem i spróbować wyjaśnić wszelkie niejasności nasuwające się przy jej czytaniu. Choćby tę - bramkarz Turek uderza piłką Bońka, który pada jak po "nokautującym ciosie" i dostaje od sędziego, pana Greinera z Katowic zaledwie żółtą kartkę. Może więc było inaczej? A że podobnych wątpliwości nasunęło mi się znacznie więcej, udałem się do Poznania i Łodzi, by porozmawiać z naocznymi świadkami tych wydarzeń.

Dla rozpaczliwie wówczas broniących się przed spadkiem poznaniaków był to mecz niezwykle ważny. Nikt, absolutnie nikt, nie dopuszczał do siebie myśli, iż spotkanie może się nie zakończyć zwycięstwem Lecha. Nie dojdzie się już dzisiaj, czy tę pewność wspierały działania innego typu. W każdym razie powszechnie sądzono, że piłkarzom Widzewa nie będzie się chciało "żyłować" w tym meczu. Tymczasem od pierwszej minuty meczu można się było zorientować, że goście nie będą stosować ulgowej taryfy. Już w 8 minucie Boniek zdobywa prowadzenie, jego koledzy mają też okazje do strzelenia gola. Remis staje się teraz dla Lecha marzeniem. Rozczarowanie postawą swych ulubieńców zaczyna się przeradzać w coraz głośniej okazywaną niechęć do zespołu Widzewa, zwłaszcza do najlepszego na boisku jego zawodnika, Zbigniewa Bońka. Ale powoli zmienia się sytuacja na murawie, coraz lepiej zaczyna grać Jakóbczak, wreszcie strzela wyrównującą bramkę. Teraz Lech ma przewagę, zaczyna gnieść przeciwnika. Może więc będą upragnione dwa punkty?

Rogalski - tak właśnie nazywa się piłkarz, który na boisko wszedł w 34 minucie spotkania. Ma on tylko jedno zadanie - wyłączyć z gry Bońka. Ponieważ nie posiada niezbędnych do do tego umiejętności piłkarskich, ucieka się do sposobów niewiele mających wspólnego z futbolem. Chce po prostu, by Boniek wyprowadzony z równowagi, przestał grać i wdał się z nim w bezpośredni pojedynek typu: kto kogo mocniej i skuteczniej kopnie, celniej opluje, wulgarniej i dosadniej wyzwie. Łodzianin nie daje się sprowokować, choć z pewnością nie raz, nie dwa poznaniak odczuł na sobie samym mądrość przysłowia - kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Bo, co jak co, ale jagnięciem Boniek na boisku nie jest. Gra bardzo ostro, często nieprzyjemnie. Jak sam przyznaje, stara się, by każdorazowy jego przeciwnik szybko nabrał szacunku dla twardości jego wejść. Nie zawsze służą temu zagrania zgodne z przepisami, a niektóre jego tricki świadomie zmierzają do wyprowadzenia rywala z równowagi." Ale - jak się zastrzega - nie ma to nic wspólnego z grą brutalną. Tak się teraz gra - dodaje - tak grają przeciwko mnie, muszę więc nie tylko umieć się bronić, lecz także skutecznie atakować".

I tak przez ponad 40 minut Rogalski obrzydzał jak mógł życie Bońkowi. Podobno piłkarz Widzewa pod koniec meczu, był opluty niemalże od stóp do głów no i oczywiście mocno poturbowany. Jednak, mimo to, przez cały czas stanowił największe zagrożenie dla bramkarza Lecha. Nic więc dziwnego, że to właśnie on skakał na dwie minuty przed końcem meczu do górnego dośrodkowania na polu karnym poznaniaków. To samo uczynił i Andrzej Turek. W powietrzu nastąpiło zderzenie, przy czym bramkarz podobno dostał głową w szczękę. Obaj upadli na ziemię. Pierwszy podniósł się Turek, chwilę mierzył i z dużą siłą uderzył piłką w głowę właśnie wstającego Bońka. Ten padł ponownie. Trenerzy Lecha twierdzą, że futbolówka trafiła łodzianina w plecy. Podobnego zdania jest również sędzia tych zawodów. Odmiennego natomiast jest kwalifikator tego spotkania, który w sprawozdaniu pisze o poważnym błędzie pana Greinera - zamiast czerwonej pokazał tylko żółtą kartkę Turkowi.

Wróćmy jednak do wydarzeń na boisku. Moment uderzenia Bońka widziały obie drużyny. Nic więc dziwnego, że niemal w komplecie zjawiły się pod poznańską bramką. Sędzia właśnie pokazuje Turkowi żółtą kartkę, co oczywiście nie zadowala łódzkich graczy. Głośno domagają się surowszej kary. Lechici protestują, wzmaga się tumult, dochodzi do szamotaniny pomiędzy zawodnikami. Zamieszanie wykorzystuje Rogalski, podbiega do ciągle leżącego na ziemi Bońka i kopie go w głowę. Sędzia nie reaguje, choć zdaniem wielu moich rozmówców widział ten incydent. Ale i teraz nie ma czerwonej kartki.

Arbiter rozdziela i uspokaja zawodników, Boniek powoli się podnosi i nie całkiem przytomny podchodzi do linii końcowej boiska. Tam pojawia się obok niego trener Lecha, Edmund Białas, w towarzystwie lekarza tej drużyny, dr Witolda Baniachowskiego. Lekarz mówi: "Białas odezwał się do Bońka: chłopcze, ładnie to tak? Reprezentant Polski, a gra tak brutalnie. W odpowiedzi łodzianin zebrał się w sobie i opluł trenerowi płaszcz na wysokości piersi". Na to Boniek: "Przy linii stał jakiś facet w zielonym ortalionie i kiedy podszedłem bliżej zaczął strasznie mnie wyzywać od najgorszych. Czy go oplułem? - Nie wiem, nie pamiętam.". Trener Białas natomiast twierdzi, że żadnego incydentu między nim a Bońkiem nie było. Tymczasem sędzia zdołał uspokoić całe towarzystwo i doprowadzić do wznowienia gry.

Kiedy Boniek jeszcze leżał na ziemi z ławki rezerwowch Widzewa poderwał się lekarz tego klubu, dr Sandomierski i biegiem ruszył za bramkę Lecha. Kiedy tam dobiegł - oczywiście to jego relacja - zagrodził mu drogę jakiś facet w płaszczu mocno z przodu oplutym i nic nie mówiąc otarł się o niego, chcąc zetrzeć z siebie ślinę. Dr Sandomierski zwrócił się do porządkowych, żeby jakoś zareagowali na tę bezczelność. Usłyszał w odpowiedzi, że to przecież ich trener, pan Białas, a jedynym człowiekiem, który robi tu bałagan, jest właśnie on. I go wyrzucono spod bramki Lecha. Nie pomogło okazanie legitymacji lekarza klubowego. O żadnym udzieleniu pomocy Bońkowi nie mogło więc być mowy.

Inaczej relacjonuje przebieg tego starcia lekarz Lecha, dr Baniachowski: "Po incydencie z Bońkiem obaj z trenerem Białasem cofnęliśmy się kilka metrów od linii końcowej boiska. Wtedy dobiegł do nas jakiś facet w skórzanym płaszczu. Białas powiedział do niego pokazując opluty z przodu płaszcz - zobacz co zrobił mi twój zawodnik. Na to tamten - dobrze ci zrobił, ty ... Białas coś tam odpowiedział i doskoczyli do siebie. Musiałem ich rozdzielić. Potem tego faceta zabrała milicja".

Żeby dostać się do szatni, trzeba przejść przez tunel. Tam też, jak zgodnie wszyscy stwierdzają, doszło do jakiegoś tumultu. Ale o co właściwie poszło? Nie widziałem, nie było mnie przy tym - oto jedyne odpowiedzi, jakie udało mi się na ten temat uzyskać. Ustaliłem jedynie, że w tunelu znajdować się mogli działacze, piłkarze, sędziowie i porządkowi. Atmosfera była bardzo napięta, bowiem zejściu piłkarzy z boiska towarzyszyły wyzwiska, gwizdy, plucie, rzucono nawet kamieniem. Kto zaczął awanturę? Rąbka tajemnicy uchylił wiceprezes Widzewa, Ludwik Sobolewski. Stwierdza on, że właśnie w tunelu trener Białas doskoczył do Bońka i odezwał się do niego bardzo wulgarnie. Nie wytrzymał tego nerwowo bramkarz łodzian, [Stanisław] Burzyński i silnie odepchnął go od kolegi. To stało się - są to już moje przypuszczenia - sygnałem do ogólnego zamieszania. Porządkowi zaczęli się szamotać z zawodnikami Widzewa. Nie trwało to jednak zbyt długo i w końcu piłkarze dotarli do szatni.

W kilkanaście minut po meczu z szatni wychodzi już ubrany Boniek. Zza siatki, za którą stoją zbitą gromadą kibice, wita go grad obelg. Otaczają go - jak twierdzi - działacze i porządkowi Lecha, wyzywając go od ostatnich. W chwilę później, gdy już zdenerwowany do ostatnich granic zmierza do klubowego autokaru, podchodzi do niego jakiś mały chłopak i prosi o autograf. Odpowiada mu: dziś nie podpisuję. "Nie wiem skąd to się wzięło, że jakoby miałbym mu powiedzieć - autograf kosztuje - mówi Boniek. Nie przyszłoby mi nawet coś takiego do głowy. Odmówiłem podpisywania, bo byłem maksymalnie zdenerwowany. Wszystko to widziała moja narzeczona, rozpłakała się. Źle zrobiłem odmawiając, powinienem podpisać." Sekretarz Lecha, Artur Filipowski stanowczo jednak twierdzi, ze na własne uszy słyszał odpowiedź: "autograf kosztuje".

Działacze obu klubów zgodni byli tylko w ocenie jednej sprawy. O co tyle szumu - mówili. Poza tym ich oceny znacznie się różniły od siebie. Najmniej do powiedzenia mieli obydwaj trenerzy Lecha, Chudziak i Białas. Oni właściwie nic nie widzieli. Bramkarz Turek w ogóle nie stawił się na spotkanie, bowiem podobno nie było możliwości zawiadomienia go o nim. Mimo jednak tych trudności, sprzecznych najczęściej relacji, można się jednak chyba pokusić o dokonanie pewnych ustaleń. I tak sędzia spotkania, pan Greiner nie pokazał aż dwóch czerwonych kartek, które ewidentnie należały się piłkarzom Lecha. Przemilczał również w protokole niewłaściwe zachowanie się publiczności oraz porządkowych. Działaczom Lecha na pewno można zarzucić niezbyt należyte wywiązywanie się z niektórych obowiązków, spoczywających na nich jako na organizatorach spotkania. A już niewątpliwym skandalem było zachowanie się porządkowych. Toż to była ustawiona wokół boiska grupa absolutnie stronniczych kibiców swej drużyny, starających się wszelkimi środkami pomóc jej w zwycięstwie. Świadczy o tym niedopuszczenie do kontuzjowanego zawodnika i poturbowanie lekarza Widzewa, wyzwiska jakich nie szczędzili piłkarzom gości oraz owa szamotanina w tunelu.

Trudno mi się natomiast wypowiadać na temat słownych starć pomiędzy uczestnikami tych zdarzeń. Może było tak, może inaczej. Chyba jednak nie należy - jak to się robi głównie w poznańskiej prasie - przywiązywać tak wielkiej wagi do słów, jakimi Boniek odmawiał udzielenia autografu.


Zygmunt Lenkiewicz

"Piłka Nożna", 24.05.1976 roku




[czytelnia] [strona kluby] [strona reprezentacja] [strona główna]